/ rynek pracy

W Dolinie Krzemowej nie zarobisz kokosów - lepiej zostań w Polsce

Człowiek mieszkający w ciężarówce, ludzie zarabiający krocie i określający się mianem klasy średniej, roboty przepędzające bezdomnych, długie godziny spędzone w korkach, grupa wykształconych specjalistów gnieżdżąca się w jednym pokoju – miejsce, które można opisać w taki sposób, raczej nie zachęca do osiedlenia się. Tymczasem wciąż ściągają do niego specjaliści z wielu dziedzin, z IT na czele. Mowa bowiem o Dolinie Krzemowej, regionie uznawanym dzisiaj za serce świata nowych technologii.

Dla wielu programistów, nie tylko tych początkujących, Dolina Krzemowa to wymarzone miejsce pracy. W szkole, na studiach, czy nawet po kilku latach pracy snują plany przeprowadzki do Kalifornii, by korzystać z tamtejszej pogody, uroków natury, ale przede wszystkim doświadczenia rzeszy specjalistów, długiej listy firm poszukujących pracowników i licznego grona inwestorów, którzy są w stanie pomóc każdemu człowiekowi z pomysłem. To tam realizuje się dzisiaj american dream, to tam możesz szybko zostać milionerem, a nawet miliarderem. Przyjazd na miejsce potrafi jednak bardzo rozczarować.

Świetne zarobki, benefity, przyjemna okolica


Photo by Claude Piché / Unsplash

W masowej świadomości funkcjonuje obraz Doliny Krzemowej, który czyni to miejsce idealnym. Bliskość Pacyfiku, dużo zieleni i to zarówno tej dzikiej, jak i sadów, przyjemne dla oka domy jednorodzinne tworzące spokojne i zadbane osiedla, gwarne kafejki oraz targi wypełnione ludźmi i produktami z całego swata. A dla najbogatszych okazałe posiadłości, które motywują do wytężonej pracy na własny rachunek. Do tego masa nowinek technologicznych tworzonych na miejscu albo ściąganych z każdego kontynentu. Właśnie tak musi wyglądać serce branży IT.

I trzeba przyznać, że część tego obrazu jest prawdziwa. Ba, niektórzy właśnie w taki sposób opiszą swoje życie. Pochwalą się też wysokimi zarobkami i dodatkami oferowanymi przez niektórych pracodawców – zwłaszcza tych największych. Pensja wysokości 120 tysięcy dolarów rocznie nie jest tutaj czymś rzadko spotykanym – na tyle może liczyć początkujący programista. W połączeniu z pakietami akcji (najczęściej dla weteranów), opieką zdrowotną, darmowymi lub przynajmniej tanimi posiłkami, rozrywkami oferowanymi przez pracodawcę, wydaje się to spełnieniem marzeń. Trudno wskazać wiele innych miejsc na naszej planecie, gdzie człowiek bez dużej wiedzy i doświadczenia może liczyć na ofertę pracy tego typu. Spoglądanie na jedną stronę medalu rodzi mit…

6-cyfrowa pensja może nie wystarczyć


Photo by Sharon McCutcheon / Unsplash

Nie jest tajemnicą, że koszt wynajęcia mieszkania czy chociażby pokoju w San Francisco i okolicach trudno uznać za niski. Co więcej: wedle wyliczeń, jest tam… najdrożej na świecie. Za metry kwadratowe niezbędne do życia zapłaci się tam więcej niż w Nowym Jorku, Hongkongu czy Dubaju. Wynajęcie kawalerki za 2 tysiące dolarów miesięcznie może się okazać niemożliwe, rodzina, która myśli o życiu w kilkupokojowym lokalu musi się przygotować na znacznie wyższe sumy.

Mogłoby się wydawać, że alternatywą jest kupienie mieszkania/domu, bo wspomniane pieniądze lepiej przeznaczyć np. na ratę kredytu, lecz to nie będzie proste. Na rynku występuje niedobór nieruchomości, a te dostępne osiągają astronomiczne ceny – niewielki dom w cenie powyżej miliona dolarów to standard. Dobra koniunktura w branży IT sprawia, że nie brakuje ludzi, którzy są w stanie wydać kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt milionów dolarów na dom (czasem nie wyróżnia się on niczym szczególnym), a to prowadzi do windowania cen.

Efekt jest taki, że część pracowników Doliny Krzemowej osiedla się daleko od miejsca pracy. Każdego dnia tracą nawet kilka godzin na to, by dostać się do biura. Transport publiczny w regionie trudno uznać za idealny, co zmusza ludzi do przemieszczania się własnym samochodem lub stosowania carpoolingu. To z kolei prowadzi do powstawania długich korków. Region, w którym rodzą się bardzo śmiałe wizje transportu przyszłości na razie nie jest w stanie poradzić sobie z kwestią lokalnej komunikacji.

Innym rozwiązaniem jest współdzielenie lokali. Nie chodzi jednak wyłącznie o sytuacje, w których 2-3 osoby wynajmują kilkupokojowe mieszkanie. Zdarza się, że w jednym pokoju mieszka po 5-6 osób. Nie słabo wykwalifikowanych pracowników fizycznych, lecz deweloperów lub innych specjalistów. W 2015 roku głośno zrobiło się natomiast o pracowniku Google, który zamieszkał na firmowym parkingu w ciężarówce. Tym tropem poszli inni. Zwyczajne skąpstwo? Nie, jeśli weźmie się pod uwagę, że ludzie ci mierzą się nie tylko z wysokimi kosztami życia, ale też kredytami studenckimi. W obawie przed wpadnięciem w spiralę zadłużenia, decydują się na radykalne posunięcia.

Drogie są nie tylko mieszkania

Problem wysokich cen nie ogranicza się do zakupu/wynajmu czterech kątów. Mieszkańcy regionu narzekają też m.in. na coraz wyższe rachunki w sklepach, barach czy restauracjach. Nie brakuje opinii, iż znikają lokale nastawione na obsługę „zwykłych” obywateli, a przybywa tych kierujących ofertę do „technologicznych hipsterów”, osób, które zdążyły się już dorobić albo chcą sprawiać wrażenie, że im się udało.

W Internecie, zarówno jego amerykańskiej, jak i polskiej części, nie brakuje dokładnych wyliczeń dotyczących kosztów życia w Dolinie Krzemowej. Obok rubryki z wysokimi zarobkami pojawia się zazwyczaj lista wydatków, która pokazuje, że o ile singiel może wieść w tym miejscu życie na przyzwoitym poziomie, o tyle rodzina utrzymywana z jednej pensji będzie miała problem. Tymczasem w wielu przypadkach małżonkowie deweloperów ściągających do Kalifornii z całego świata, nie pracują. Jeśli nie ogranicza tego prawo, to w grę wchodzi brak odpowiedniego wykształcenia czy wysokie koszty przedszkola/opiekunki.

Efekty są bolesne

A Do Not Enter sign, porta-potty, old graffitied building, pylons and more in an urban city
Photo by Erik Zünder / Unsplash

Amerykańskie media od lat zwracają uwagę na rosnącą liczbę bezdomnych w San Francisco i okolicznych miejscowościach. Powstają tam obozowiska osób pozbawionych dachu nad głową, ludzie koczują w namiotach, swój dobytek przewożą z sklepowych wózkach. Takie „osiedla” powstają nierzadko w okolicy posiadłości znanego miliardera czy biurowca potężnej korporacji. Następuje zderzenie skrajnych obrazów, uwypukla się rozwarstwienie majątkowe, do jakiego doszło w Dolinie Krzemowej.

Należy w tym miejscu podkreślić, że o ile programiści mogą narzekać na koszty życia, o tyle i tak znajdują się oni w uprzywilejowanej grupie – zarobki w innych branżach są przecież niższe, a ich przedstawiciele zmagają się z tymi samymi cenami. Przeciętnego kelnera, fryzjera czy hydraulika często nie stać na życie w centrum technologicznego świata. Coraz więcej osób wpada w kłopoty finansowe i ląduje na ulicy.

Rosnąca populacja bezdomnych burzy obraz idealnego miejsca do życia, jednocześnie nie widać sposobu na rozwiązanie tego problemu. Pojawiają się natomiast radykalne działania, które wywołują spore kontrowersje – pod koniec ubiegłego roku zrobiło się głośno o robotach, których zdaniem było przepędzanie bezdomnych spod jednego z budynków. Powiew innowacyjności, który może przerażać.

Dolina? Są przecież inne miejsca do robienia biznesu


Photo by John-Mark Smith / Unsplash

Rosnące koszty życia i prowadzenia interesów sprawiają, że część firm przenosi się do innych miejsc. Na technologiczno-biznesowej mapie USA w siłę rosną Austin, Seattle, Denver czy Portland. Młode firmy nie próbują już za wszelką cenę dostać się do Doliny, rozwijają się lokalne ośrodki naukowo-biznesowe, specjaliści ściągają do nich nawet z Kalifornii. I chociaż zarobki są tam zazwyczaj niższe, to spadają też wydatki, a jakość życia nierzadko rośnie.

To oczywiście nie oznacza, że Dolina Krzemowa za chwilę zacznie świecić pustkami. Kolejne wielkie firmy budują tam okazałe siedziby warte miliardy dolarów – wystarczy wspomnieć Apple czy Google. Ale jednocześnie te korporacje zwiększają zatrudnienie poza Doliną. Mówi się już o kolejnym etapie rozwoju sektora IT, w którym liczyć będzie się zarówno globalizacja, jak i regionalizacja.

Czy warto wybrać się do Silicon Valley?

Jeżeli polski programista zadaje sobie pytanie: „jechać do Doliny?”, odpowiedź będzie twierdząca. Jednak nie po to, by oglądać technologie rodem z XXII wieku na ulicach miast czy poznawać miliarderów w barach San Francisco – tego raczej się nie doświadczy. Wydaje się też mało prawdopodobne, by udało się tam zrealizować marzenie o wielkim biznesie zbudowanym szybko w oparciu o świetny pomysł i pieniądze inwestorów – w tym miejscu powstają tysiące startupów, większość z nich szybko upada, a jednorożcem czyli biznesem wycenianym na minimum miliard dolarów, zostaje bardzo nieliczna grupa.

Do Menlo Park, Mountain View czy Cupertino nie jedzie się po to, by zarobić krocie, łączyć pracę z bujnym życiem towarzyskim czy szukać sobie miejsca na dostatnie życie rodzinne. Jeśli programista chce tego doświadczyć powinien… zostać w Polsce. Zarobki będą prawdopodobnie niższe niż w USA, nawet po wielu latach pracy, ale i koszty życia są u nas nieporównanie mniejsze.

Po co zatem jechać do Kalifornii? Wypada się tam wybrać na szkolenie czy chociażby wycieczkę zawodową, może nawet dłuższą, kilkumiesięczną. Warto poczuć klimat tego miejsca, spojrzeć na sektor IT z tamtejszej perspektywy. To może być cenna wiedza, doświadczenie, które przyda się nie tylko w CV…