/ technologia

Microsoft kupił firmę za 7,5 mld dolarów i... naraził się na ostrą krytykę

**Duże przejęcia w Dolinie Krzemowej zazwyczaj wywołują spore emocje i prowokują dyskusje. Tak było na początku czerwca, gdy Microsoft ogłosił, że przejmuje platformę GitHub - miejsce, które doskonale zna prawie każdy programista na Ziemi. Informacji towarzyszyło nie tylko zdziwienie, ale też złość, a nawet histeria. Wielka korporacja zagrozi środowisku open source? To mało prawdopodobne. **

Plotki na temat tej transakcji pojawiały się w branży już na kilka dni przed jej oficjalnym ogłoszeniem. Ale na dobrą sprawę, spekulacje dotyczące przejęcia liczą sobie już kilka lat. Część komentatorów przypomina, że nie zastanawiano się, czy ktoś kupi GitHuba, ale raczej kto to będzie i kiedy dojdzie do sprzedaży. Intrygował jeszcze jeden wątek: cena.

GitHub zaliczył dwie rundy finansowania: w pierwszej pozyskał 100 mln dolarów, w drugiej, do której doszło w roku 2015, firma zainkasowała 250 mln dolarów. Wówczas wyceniono platformę na 2 mld dolarów. Dlatego niektórzy dziwili się, gdy w plotkach przed przejęciem wspominano, że Microsoft może zapłacić nawet 5 mld dolarów. Owszem, spodziewano się bonusu, ale nie aż tak dużego. Tymczasem finalnie firma z Redmond przejmie GitHuba za aż 7,5 mld dolarów. Zapłaci swoimi akcjami, ale to nie umniejsza transakcji – to będzie jeden z najdroższych nabytków w historii MS.

github-logo

GitHub? Nie słyszałem

Dla osoby, która pobieżnie zna sektor IT, to przejęcie może być zagadką. Większe wrażenie robiły poprzednie duże transakcje: nabycie serwisu LinkedIn, komunikatora Skype albo komórkowego oddziału Nokii. I nie chodzi jedynie o cenę, bo ten ostatni kosztował MS mniej, niż GitHub. Różnica polega na tym, że przeciętny odbiorca wiedział wówczas (mniej więcej), co jest kupowane, z tymi podmiotami lub ich produktami mógł mieć wcześniej do czynienia.

Z GitHub jest inaczej. Nazwę znają dziesiątki milionów ludzi na całym świecie, lecz są to przede wszystkim przedstawiciele branży IT. Mowa o jednej z najważniejszych platform dla programistów. Oferuje ona miejsce na serwerze dla przeróżnych projektów, które wykorzystują system kontroli wersji Git. Użytkownicy mogą tam przechowywać, udostępniać i przeglądać kod. To także swego rodzaju sieć społecznościowa dla deweloperów.

Serwis powstał w roku 2008 i szybko zyskał na popularności. Dzisiaj ma 28 mln użytkowników (w tym bardzo wiele firm – od startupów, po olbrzymie korporacje, wśród których znajdziemy Microsoft i Google). Ten największy zbiór kodów źródłowych liczy sobie nawet 80 mln repozytoriów. Większość osób mogła usłyszeć o nim po raz pierwszy za sprawą przejęcia, ale w świecie programistów to naprawdę ważne miejsce. Niektórzy doszli nawet do wniosku, że jego przejście pod skrzydła wielkiej firmy to koniec wolności w kodowaniu, zamach na środowisko open source…


Photo by Niklas Hamann / Unsplash

Nieuzasadniona histeria

Część programistów głośno wyraziła sprzeciw i oburzenie po ogłoszeniu informacji o transakcji. W mediach społecznościowych, w branżowych serwisach i na forach przeczytać można było, że czas opuścić GitHub, pytano o alternatywę, przeklinano Microsoft. Informowano o wzmożonym ruchu w konkurencyjnym serwisie GitLab, który przyjmował „uciekinierów”. Nie trwało to jednak długo i nie miało większego znaczenia – zdecydowana (!) większość użytkowników i ich projekty pozostali w serwisie GitHub. Skąd ta histeria i radykalne kroki u niektórych programistów?

Aby to zrozumieć, należy się cofnąć o kilkanaście lat. Microsoft prowadził wówczas wobec open source wrogą politykę. W roku 2001 Steve Ballmer, ówczesny CEO MS, stwierdził, że Linux to rak żerujący na własności intelektualnej. Pojawiły się też odwołania do komunizmu. Te słowa były mu długo wypominane, przywoływane są także teraz, przy okazji przejęcia. Jednak używanie tego cytatu bez szerszego kontekstu jest pozbawione sensu. Z czasem Ballmer zmienił zdanie, a Microsoft zaczął prowadzić zupełnie inną politykę względem open source. W roku 2016 firma dołączyła nawet do Linux Foundation. I to nie jako obserwator, lecz podmiot posiadający wpływ na decyzje dotyczące rozwoju jądra Linuksa.

Dzisiejszy Microsoft i firma z roku 2001 to dwa różne biznesy. Pudełkowy Windows to zamierzchłe czasy, które już nie wrócą. Należy pamiętać, że od kilku lat korporacją zarządza nowy CEO, Satya Nadella, który rozwija firmę w nowych kierunkach i skupia się m.in. na chmurze. Ale zmiany zaczęły się jeszcze za rządów Ballmera i trwają na tyle długo, że krytycy powinni je zauważyć. A jeśli ktoś już chce odwoływać się do odległej przeszłości, może sięgnąć do początków firmy z Redmond: Bill Gates i Paul Allen zaczynali przecież od chałupniczego tworzenia narzędzi dla programistów.

Programiści powtarzający, że to koniec darmowej platformy nakierowanej na współpracę, że Microsoft wymierzy potężny cios społeczności open source, że teraz firma z Redmond rozpocznie szeroko zakrojoną monetyzację serwisu, będzie na każdym kroku wciskać deweloperom swoje rozwiązania i cenzurować projekty, które nie wpiszą się w strategię korporacji, mocno przesadzają. Przedstawiciele MS podkreślali jeszcze w czerwcu, że GitHub ma działać niezależnie i pozostanie platformą otwartą na społeczność.

A gwarantem tego ma być Nat Friedman, który obejmie stanowisko CEO przejmowanej firmy. Znamienne jest to, że GitHub przez kilka kwartałów nie posiadał szefa i nie był w stanie znaleźć odpowiedniego człowieka na to miejsce. Teraz serwisem będzie zarządzał weteran środowiska open source, który współtworzył firmę Xamarin (kilka lat temu ją także przejął Microsoft). W specjalnym wpisie zaraz po ogłoszeniu decyzji o przejęciu, Friedman zapewniał, że Microsoft nie zamierza przeprowadzać radykalnych zmian. Czy można wierzyć korporacji? Wystarczy spojrzeć na LinkedIn, który nie stał się ofiarą przemeblowania zarządzonego przez MS.


Photo by Evan Dennis / Unsplash

Co mógł zrobić GitHub…

Krytycy przejęcia przekonują, że „ich” serwis powinien zostać niezależny. Pewnie byłoby to możliwe, gdyby platforma na siebie zarabiała. A tego nie udało się osiągnąć. W ciągu dziesięciu lat funkcjonowania wzrosły nie tylko liczba użytkowników, rozpoznawalność czy siła oddziaływania na całą branżę, lecz także koszty funkcjonowania całego przedsięwzięcia. Koszty, których nie udało się opłacić wpływami pochodzącymi od części środowiska płacącej abonament. Na płatnych kontach użytkowników indywidualnych i biznesowych nie można było zbudować zdrowego biznesu, co pokazały wyniki finansowe.

Do oficjalnych dostępu nie było, firma nie musiała ich ujawniać, ale przecieki i spekulacje wskazywały jasno, że serwis „pali” pieniądze pozyskane od inwestorów. Te szybko by się skończyły i pojawiłoby się pytanie: co dalej? Można się starać o kolejną rundę finansowania, lecz inwestorzy w końcu powiedzą „pas” i będą chcieli zrealizować zyski (lub odmówią od razu, bo przedsięwzięcie wyda im się zbyt ryzykowne). Jest opcja wejścia na giełdę, ale ten proces może sporo trwać i sprawia, że ośrodek decyzyjny staje się rozproszony. Trzecie rozwiązanie to sprzedaż jednemu podmiotowi.

GitHub prawdopodobnie nie miał wyjścia i musiał się zdecydować na którąś z tych dróg. Sprzedaż uznał za najlepsze wyjście. Z branżowych doniesień wynika jednak, że w grze był nie tylko Microsoft. Na przestrzeni lat pojawiali się też inni zainteresowani, również spoza USA, na ostatniej prostej trwały podobno rozmowy z Google/Alphabet. Jeśli to prawda, jeszcze mniej dziwi, że Microsoft wyda na przejęcie aż 7,5 mld dolarów. Chodziło już nie tylko o to, by samemu kupić platformę dla programistów, ale też o to, żeby nie trafiła ona w ręce konkurencji.

smiling woman in black and white checker print shirt riding on push cart during daytime
Photo by Laura Marques / Unsplash

Jak Microsoft wykorzysta nowy nabytek?

Jedni krytykują Microsoft za to, że – ich zdaniem – podnosi rękę na niezależność deweloperów. Drudzy dziwią się korporacji, że jest aż tak hojna. Jeśli przyjmiemy, że roczne przychody GitHuba wynoszą obecnie 300 mln dolarów (a to optymistyczny wariant), to staje się jasne, że mocno przepłacono. MS płaci jednak nie tyle za firmę, która będzie szybko przynosić duże zyski, a za jej potencjał, wartość strategiczną.

Korporacja zbliży się do środowiska programistów, będzie mogła wnikliwie przyglądać się jego poczynaniom, na bieżąco analizować zmiany, jakie zachodzą w tej grupie, w sposobie pracy społeczności. To świetna okazja do odgadywania trendów w sektorze, wyłapywania niuansów i talentów, które mogą się przydać w kolejnych latach. Trzeba pamiętać, że Microsoft działa w branży, w której zmiany zachodzą bardzo szybko, a ich przeoczenie, niezrozumienie, może być bardzo bolesne. Firma przekonała się o tym chociażby za sprawa rewolucji mobilnej, którą przespała. Potem próbowała ratować sytuację na wiele sposobów, przeznaczyła na ten cel miliardy dolarów, ale niewiele to zmieniło – konkurencja wygrała.

Kolejnym wielkim rynkiem, o który toczy się teraz bój, jest chmura. Głównymi lokalnymi rywalami Microsoftu są na tym polu Amazon i Google. To właśnie im Nadella i spółka zgarnęli sprzed nosa GitHub, by wpleść go w swój ekosystem i jednocześnie dać jak najwięcej od siebie. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że do tej pory jednym z najaktywniejszych podmiotów na GitHubie był Microsoft – to największy kontrybutor kodu w historii platformy. Teraz będzie robił to samo, ale pewnie lepiej, żeby obie strony jeszcze bardziej korzystały ze współpracy.

Microsoft zapewne w jakimś stopniu będzie chciał wykorzystać GitHuba do sprzedaży swoich produktów, lecz do zadziała też w drugą stronę: GitHub zacznie więcej zarabiać dzięki kontaktom i wpływom Microsoftu. Olbrzymia maszyna marketingowa firmy z Redmond będzie pracowała dla programistycznej platformy. Deweloperzy uzyskają nowe, szersze okno na świat. Rozwój wspomnianej wcześniej chmury będzie się odbywał przy wsparciu firmy, która ten temat zdążyła już dogłębnie poznać. To może przynieść wymierne korzyści całemu IT.

Biorąc to wszystko pod uwagę, można uwierzyć w słowa CEO Microsoftu, który mówi o odpowiedzialności związanej z tą transakcją czy oddaniu firmy dla programistów. Rzecz jasna może się to skończyć spektakularną klapą, MS ma już takie na swoim koncie. Nie ma jednak sensu krytykować i martwić się na zapas. Możliwe, że za kilka lat środowisko deweloperów (jego sceptycznie nastawiona część) doceni ten ruch i przyzna, że GitHubowi przytrafiło się coś dobrego.