/ rynek IT

Krytycy Apple będą niepocieszeni - firmę czeka świetlana przyszłość

Początek sierpnia przyniósł informację, która skierowała wzrok inwestorów, mediów i branży IT na korporację Apple. Po kilku latach prób, firmie udało się przekroczyć barierę biliona dolarów kapitalizacji. W tej dekadzie kilkukrotnie spodziewano się, że uda się to osiągnąć, ale gigantowi z Cupertino zawsze czegoś brakowało na ostatniej prostej. Udało się przezwyciężyć tę niemoc (o ile można tak nazwać kapitalizację na poziomie 800-900 mld dolarów) i Apple stało się pierwszą firmą w historii, która złamała wspomnianą barierę. Co za tym stoi? Patrzymy na wydmuszkę, szczyt bańki podobny do tego z przełomu wieków czy potentata, w którym wciąż tkwi wielki potencjał rozwojowy?

Kolejny udany kwartał

person working on MacBook Pro
Photo by rawpixel / Unsplash

W przebiciu wspomnianej bariery pomogły bardzo dobre wyniki finansowe. Firma zarządzana przez Tima Cooka przyzwyczaiła nas już do tego, że w każdym kwartale chwali się świetnymi danymi dotyczącymi sprzedaży, ale czasem są one lekko poniżej oczekiwań analityków i da się wówczas usłyszeć jęki zawodu. Nawet, gdy na konta trafiają kolejne miliardy dolarów. Ostatni raport okazał się jednak pozytywnym zaskoczeniem.

Przychody wzrosły o 17% w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego i wyniosły 53,3 mld dolarów. Zysk podskoczył o blisko 1/3 do 11,5 mld dolarów. Tak, te pieniądze udało się zarobić w okresie kwiecień-czerwiec 2018 roku. Szok? Nie, w samym tylko 2017 roku korporacja zarobiła blisko 50 mld dolarów. Jeśli ten trend się utrzyma, a nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej, niebawem firma powinna ogłosić, że na swoich kontach zgromadziła już 300 mld dolarów. Ta kwota pobudza wyobraźnię, porównuje się ją z PKB państw, wymienia firmy, które Apple mogłoby przejąć.

W gronie tych ostatnich nie znajdziemy innych wielkich korporacji IT z USA: Amazon, Google czy Microsoft mogą się pochwalić kapitalizacją przekraczającą 800 mld dolarów i wydaje się całkiem prawdopodobne, że za jakiś czas dołączą one do elitarnego klubu „bilionerów”. Ale już firmy za kilkadziesiąt czy nawet 200 mld dolarów są w zasięgu tego gracza. Tylko czy będzie nimi zainteresowany? Nie jest tajemnicą, że Apple nie dokonuje dużych przejęć – kilka lat temu na zakup Beats wydano 3 miliardy dolarów i wydarzenie to uznano za poważne odstępstwo od normy, anomalię w strategii producenta iPhone’a. Mogło się nawet wydawać, że następca Steve'a Jobsa szerzej otworzy portfel, zamknie usta krytykom autorskim planem rozwoju. Dzisiaj można stwierdzić, że pieniędzmi nie szasta, ale na szacunek zapracował.

Wszystkiemu „winny” Cook

36802131535_16a032e5d8_b

Przez lata Tim Cook był prawą ręką Steve’a Jobsa, w końcu został przez niego namaszczony na swego następcę. Od tego czasu pojawiło się sporo negatywnych opinii na temat tej decyzji. Obecny CEO jest porównywany do swego poprzednika i krytykowany za brak polotu, wizji, ducha innowatora. Nierzadko nazywa się go księgowym, co ma stanowić przeciwieństwo wynalazcy Jobsa. Podobnie było w przypadku Billa Gatesa i Steve’a Ballmera, który go zastąpił.

Chociaż Cookowi i Ballmerowi można wytknąć pewne błędy, nietrafione decyzje, to nie ulega wątpliwości, że wzmocnili oni pozycje swoich firm. Wystarczy wspomnieć, że kapitalizacja Apple pod rządami obecnego szefa wzrosła czterokrotnie. Za czasów Jobsa firma może i czarowała spektakularnymi premierami nowych produktów, ale teraz wywołuje podobny efekt raportami kwartalnymi. Czy można mieć za złe CEO, że jego korporacja w każdym miesiącu zarabia miliardy dolarów?

Może rację mają ci, którzy nazywają go nudziarzem, narzekają na tempo wprowadzania innowacji w produktach firmy, przekonują, że gracz spoczął na laurach. Ale czy byłoby lepiej, gdyby co kwartał Apple bombardowało nas rozwiązaniami, z których znaczna część nie przetrwa na rynku roku? Czy powinna wydawać pieniądze na głośne przejęcia tylko po to, by o niej mówiono? Czy musi poważnie mieszać w strategii rozwoju, która na razie okazuje się strzałem w dziesiątkę?

Klient nie jest produktem

woman selecting packed food on gondola
Photo by Joshua Rawson-Harris / Unsplash

Jakiś czas temu Tim Cook stwierdził, że klienci Apple nie są produktami. Podobną myśl wyrażał już wcześniej. To w pewnym sensie przytyk skierowany do innych korporacji, na ich czele stoją Google i Facebook. Te firmy często oferują ludziom darmowe usługi, cały ekosystem. Ale udostępniane narzędzia tylko z pozoru są darmowe – finalnie płaci się swoimi danymi, prywatnością. Ten wątek powrócił przy okazji afer, z jakimi w tym roku mierzy się Facebook. Dla Apple potknięcia korporacji Zuckerberga są świetnym argumentem w dyskusji dotyczącej cen sprzętu, usług, dostępu do ekosystemu: może i jest drogo, ale klient pozostaje klientem.

To z pozoru oczywiste stwierdzenie może przyczynić się do wzrostu zainteresowania produktami Apple. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, korporacja nie musi obniżać cen sprzętu, by zwiększyć swój zasięg: ludzie i tak są skłonni płacić – nawet, gdy ceny poważnie rosną. Dobrym przykładem sytuacja z iPhonem – model X to wydatek rzędu tysiąca dolarów, lecz nie odstraszył on kupujących, sprzedaż smartfonów z logo nadgryzionego jabłka utrzymuje się na podobnym poziomie. Decydenci firmy z Cupertino znów mieli rację.

Firma jednego produktu

Zapewne wiele osób podpisze się pod opinią, że ostatnią „dużą” premierą Apple była ta z roku 2010, gdy świat ujrzał iPada. Potem było już tylko odświeżanie linii produktowych. W kontekście istotnych wydarzeń wspomni się także rok 2001 i prezentację iPoda, który był dla Apple powrotem z dalekiej podróży – warto przypomnieć, że przed dwiema dekadami firma chyliła się ku upadkowi, od bankructwa dzieliło ją naprawdę niewiele. Najważniejszy był chyba jednak rok 2007, kiedy Steve Jobs pokazał iPhone’a. Szef Microsoftu szydził wówczas, nie wierzył w to, że ktoś zapłaci 500 dolarów za telefon. Bardzo się pomylił…

iPhone nie jest dzisiaj jednym z produktów Apple. To produkt najważniejszy. Odpowiada za ponad 60% wpływów ze sprzedaży, jest zdecydowanie czymś więcej niż perłą w koronie. Z jednej strony można przyjąć, że inne firmy zapewne zazdroszczą takiego produktu. Z drugiej strony uzależnienie biznesu od tego telefonu wydaje się niebezpieczne. Gdyby kiedyś nastąpiło załamanie sprzedaży smartfona, zauważalnie ucierpiałyby ogólne wyniki korporacji. Z dzisiejszej perspektywy trudno jednak wyobrazić sobie taki scenariusz.

Apple sprzedało już grubo ponad miliard smartfonów i zgarnęło lwią część zysków z tego rynku. Firma nie zamierza jednak utrzymywać się tylko z dostarczania ludziom elektroniki – to ma być przepustka do dalszego inkasowania pieniędzy. Widać to wyraźnie, gdy spojrzy się na dział Apple Services, w skład którego wchodzą m.in. App Store, Apple Care czy Apple Pay: w ostatnim kwartale zanotował on 9,5 mld dolarów przychodu, czyli o ponad 30% więcej niż w analogicznym okresie roku 2017. Smartfon, ale też tablet czy smartwatch mają być urządzeniami zachęcającymi do dalszych zakupów, bramą do rozrastającego się świata usług.

Korporacja z Cupertino już dzisiaj zapewnia dostęp do rozrywki: filmów czy muzyki, ale nie zamierza na tym poprzestawać i będzie tworzyć własne treści. Już to robi. Stało się alternatywą dla Spotify, niebawem rzuci rękawicę serwisowi Netflix. Rozkręca się na rynku płatności elektronicznych, tworzy narzędzia dla profesjonalistów z różnych segmentów rynku, ostrzy zęby na potężny rynek nowoczesnej medycyny. Patrząc na to wszystko, trudno uznać Apple za firmę jednego produktu. Za dekadę pewnie stanie się to bardzo widoczne.

Nadszedł czas na samochód z logo nadgryzionego jabłka

Ten temat pojawia się od przynajmniej kilku lat, był już mocno eksploatowany za życia Steve’a Jobsa: Apple wprowadzi na rynek samochód. I oczywiście rozpocznie kolejną rewolucję w naszym świecie. Albo przynajmniej rozkręci zmiany, jakie zachodzą w tym biznesie m.in. za sprawą Tesli czy Waymo. Z medialnych doniesień można się dowiedzieć, że tylko w tym roku Apple zatrudniło blisko 50 osób znajdujących się wcześniej na listach płac korporacji Tesla. Ten proces przejmowania specjalistów trwa już kilka lat, Elon Musk żartował nawet, że Apple jest „cmentarzyskiem” dla pracowników, którzy nie odnajdują się w jego firmie – mają tam trafiać specjaliści drugiej kategorii.

Jedni uznają, że to prawda, inni będą przekonywać, że miliarder nazywany „nowym Jobsem” robi dobrą minę do złej gry, bo przegrywa z Apple wyścig o ekspertów. Tesla może i wystartowała wcześniej z produkcją elektrycznych, a w przyszłości także autonomicznych aut, ale to Apple ma środki, doświadczenie w tworzeniu łańcuchów dostaw czy globalny zasięg, dzięki którym jest w stanie namieszać w biznesie. Chociaż firma Cooka oficjalnie nie potwierdza, że pracuje nad własnym autem czy przynajmniej technologią jazdy autonomicznej, to wiadomo, że testuje takie rozwiązania w amerykańskich miastach, zdobywa zgody na kolejne etapy prób.

Intryguje nie tylko to, czy Apple wejdzie do tego segmentu, lecz również kwestia tego, w jaki sposób podejdzie do tematu: firma stworzy auto od podstaw? Skupi się na technologii, którą potem będzie udostępniać producentom samochodów? A może na platformie umożliwiającej wynajmowanie aut na minuty i zamawianie przejazdów? Będzie chciało rywalizować z Teslą, nawiązać z firmą Muska współpracę czy… przejąć ten biznes? Przy obecnej wycenie Apple nie tylko stać na taki zakup – po zamknięciu transakcji na kontach korporacji zostanie góra pieniędzy. A coraz częściej da się usłyszeć, że te firmy są sobie potrzebne. Jedna ma skalę i pieniądze, druga wnosi powiew świeżości. Tylko kto miałby zarządzać takim duetem: wizjoner czy księgowy…?

Nie ma pewności, że Apple pójdzie za ciosem i swoje prace w zakresie motoryzacji postanowi zamienić w biznes. A nawet jeśli to zrobi, nie można zakładać, że na 100% zakończy się to sukcesem – przed premierą produktu Watch też można było usłyszeć, że ten gadżet namiesza na rynku, nie tylko w segmencie elektroniki ubieralnej, ale ostatecznie jest to raczej skromny dodatek do wyników kwartalnych, a nie jeden z mocnych akcentów raportów. Stwierdzenia w stylu „Apple musi wejść na rynek motoryzacyjny” są bezpodstawne. Na razie ta firma nic nie musi…

Koniec Apple? Do tego droga daleka...

gray concrete roadway
Photo by Matt Lamers / Unsplash

Kilka kwartałów temu Steve Wozniak, jeden z założycieli Apple, stwierdził, że w roku 2075 ta firma wciąż będzie istnieć. Skąd ta pewność? Kierował się majątkiem zebranym na kontach: to zbyt duże środki, by taki gracz mógł po prostu upaść. Nawet w perspektywie kilku dekad. Na tym jednak argumentacja nie musi się kończyć – wypada stwierdzić, że na razie niewiele wskazuje na to, by firmie miało się gorzej powodzić.

Owszem, korporacja zmaga się z urzędnikami, którzy zarzucają jej sztuczki podatkowe i domagają się uregulowania zaległych płatności (mowa o miliardach euro). Prawdą jest też, że czasem pomysły firmy są wyszydzane, można usłyszeć, że np. sposób ładowania rysika Pencil jest komiczny, a zarabianie na drogich przejściówkach to cios poniżej pasa. Pojawią się głosy, iż budowanie siedziby za kilka miliardów dolarów to początek końca, bo firma skupia się na stawianiu sobie pomników, a nie na innowacjach. A w tym czasie inne korporacje dogoniły lub nawet przegoniły Apple pod względem implementowania nowinek w inteligentnych telefonach. To tylko część z długiej listy zarzutów kierowanych do firmy. Część z nich pewnie należy uznać za trafione.

Nie zmienia to jednak faktu, że konkurencja może pomarzyć o takich wynikach, jakie osiąga Apple, że klienci wciąż kupują te przejściówki, że siedziba Apple Park wzbudza podziw i stanowi świetną wizytówkę firmy, a sprawa podatków nie jest aż tak oczywista. Korporacja z Cupertino stworzyła przez lata świetny ekosystem łączący sprzęt, oprogramowanie i usługi, które doskonale ze sobą współgrają. I ma ochotę na więcej, widać w tym przemyślaną strategię. Nie ma zatem sensu martwić się o przyszłość tego gracza – on sobie świetnie poradzi…